Aktualności

Mistrzowie na przesłuchaniu: Jerzy Skrzypek

Opuścił Rajd Świdnicki Krause, ale i tak pewnie sięgnął po mistrzostwo w swojej kategorii i zajął drugie miejsce w Historycznej Klasyfikacji Generalnej. Pomogło mu w tym pięć wygranych z rzędu. Jerzy Skrzypek, jak zawsze wyczerpująco, opowiada o sezonie 2019.

Najtrudniejszy moment sezonu?
Jak nie teraz, to kiedy? To pytanie zadałem sobie na początku roku. To miał być mój trzeci sezon startów, a w moim dorobku w kategoriach FIA były dwa tytuły wicemistrza Polski i brakowało mi już tylko tego „pełnego” mistrzostwa. Teoretycznie wszystko zapowiadało się bardzo dobrze. Samochód był przygotowany, ja też, choć przed sezonem nie miałem jeszcze pilota. Było też dwóch potencjalnych sponsorów, którzy niestety byli zbyt duzi, żeby razem zmieścili się obok logotypu linii lotniczych AlItalia na moim samochodzie. Musiałem więc wybrać i postawiłem na… złego konia. Rozmowy się przeciągały, więc opóźniała się też decyzja o rozpoczęciu poszukiwań kandydata na prawy fotel. Finalnie negocjacje umarły i musiałem dokonać korekty planów w oparciu o skromniejszy budżet.

Tak uciekł mi jeden rajd, ale regulamin na rok 2019 przewidywał, że jedną rundę można odliczyć, więc teoretycznie nic nie było jeszcze przesądzone. Trzeba było tylko szybciutko znaleźć środki i pilota. Drugą rundą mistrzostw był na szczęście dobrze mi znany mój „domowy” Rajd Nadwiślański, który nie wymagał dużych nakładów, ale wymagał… pilota. Sezon rajdowy był już rozpoczęty, ale od czego są wspaniali koledzy z HRSMP. Puściłem zapytanie w eter i udało się. Piotr Mitręga, pilot Mirosława Miernika „wynalazł” mi Krzysztofa Marczewskiego, który po krótkiej rozmowie telefonicznej zgodził się „rozpoznawczo” zostać moim umysłowym w Rajdzie Nadwiślańskim. Rajd wygraliśmy, a potem było już z górki.

Co do załogi wniósł Krzysztof Marczewski i jak się z nim dogadujesz?
Przede wszystkim profesjonalizm. To bardzo doświadczony i opanowany pilot z wieloma rajdami na koncie. Nic dziwnego, że bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i z rajdu na rajd jeździło nam się coraz lepiej.

Jerzy Skrzypek i Krzysztof Marczewski

A który moment sezonu zapamiętałeś jako najlepszy?
PZM 76. Rajd Polski. W pierwotnym założeniu ten rajd w ogóle nie był brany pod uwagę. Miałem zamiar skupić się na walce o tytuł w rundach asfaltowych, do których był przygotowany mój samochód. Na szutry nie miałem ani zawieszenia, ani opon i chociaż zawsze dobrze się czułem na luźnych i śliskich nawierzchniach, to początkowo Rajd Polski był tylko marzeniem. Tak jednak było do rozmowy, którą przeprowadziłem z Mirosławem Miernikiem po Rajdzie Nadwiślańskim. Usłyszałem wtedy w słuchawce: „Człowieku, to jest pierwszy raz, kiedy historyki pojadą szutrową rundę, i to jaką! Drugi najstarszy rajd świata. To dopiero jest wyzwanie. Wiesz co to znaczy przejechać Rajd Polski?!”. Przypomniałem sobie wtedy jak sędziowałem w tym rajdzie, gdy jeszcze był rundą WRC. Z zazdrością odprowadzałem wzrokiem rajdówki, nie tylko WuRCe, jadące na kultowe oesy – Paprotki, Stare Juchy czy Baranowo. Zaczęło do mnie docierać, że nie pojechać Rajdu Polski z wyboru, to jak być w Maranello i nie odwiedzić muzeum Ferrari. Ziarenko zasiane przez Mirka zaczęło kiełkować, jednak zebranie plonów nie było takie proste.

Wcześniej nie brałem tego startu pod uwagę, więc nie miałem nigdzie zarezerwowanego noclegu, a baza w Mikołajkach jest dosyć ograniczona. Znalezienie czegoś w dobrej lokalizacji i przystępnej cenie na krótko przed rajdem graniczy z cudem. Następnym problemem był czas. Dla zawodników Rajd Polski trwa od środy do niedzieli, a we wstępnym planie startów ustalonym z moim pilotem nie było mowy o wyjeździe na Mazury. Na szczęście rajdy to nasza wspólna pasja, a Rajd Polski od dawna chodził Krzyśkowi po głowie, więc wystartowaliśmy.

Który odcinek w sezonie był najtrudniejszy?
Dla mnie nie ma odcinków łatwych i trudnych. W tym sezonie przejechaliśmy ponad 715 km oesowych i naprawdę każdy z nich wymagał koncentracji. Szybka jazda po bardzo wąskich, dziurawych i krętych drogach z prędkościami znacznie przekraczającymi 100 km/h jest trochę kuszeniem losu. Jednak najważniejsze jest znalezienie niewidocznej granicy pomiędzy ryzykiem a ryzykanctwem, na której bardzo często balansujemy. Wszyscy staramy się do niej maksymalnie zbliżyć, ale czy jej nie przekraczamy? Wszyscy chcemy osiągnąć jak najlepszy rezultat, a jak daleko się posuwamy zależy od „parcia na wynik”, wyobraźni i szczęścia. Tak było w Rajdzie Polski, gdzie po częściowym opuszczeniu drogi widziałem już parkowanie w płocie, obok którego finalnie przelecieliśmy chyba na gazetę, jak również „zaproszenie” od drzewa rosnącego na wypadkowej jednego z zakrętów, które niestety przyjęli Witkowie Moliccy.

W tym sezonie najwięcej takich sytuacji przytrafiło się w ekstremalnym, ze względu na warunki pogodowe, drugim dniu Rajdu Dolnośląskiego. To był pierwszy raz, kiedy przekląłem gładkie jak stół świeżo położone asfalty. Przy niskiej temperaturze i padającym deszczu były niesamowicie śliskie, co zaowocowało kilkoma przygodami. Pierwsza pętla, oes Złoty Stok. Tu kilka razy łapaliśmy pobocze, na szczęście niegroźnie i po stracie kilku sekund jechaliśmy dalej. Niestety na następnym oesie, czyli próbie Czarna Góra, zaparkowałem na ponad dwie minuty na łące. Byliśmy niecałe dwa metry od nitki asfaltu i gdyby nie kibice, którym bardzo dziękuję, to utknęlibyśmy tam na dobre.

Podczas tej rundy z utęsknieniem wypatrywałem starych, dziurawych, pofałdowanych asfaltów, gdyż mogliśmy po nich dużo pewniej i szybciej jechać. Ale chyba najmocniej wrył mi się w pamięć fragment drugiego przejazd oesu Złoty Stok, kiedy to w jego końcowej partii, właśnie na tym starym i „przyczepnym” asfalcie trochę przesadziłem i przy naprawdę wysokiej prędkości, w łagodnym łuku auto straciło przyczepność i zaczęło iść bokiem. Z kolei nocna pętla była bardzo wymagająca, a jednocześnie bardzo mi pasowała, dzięki czemu w tych mglistych i deszczowych warunkach podróżowaliśmy bardzo szybko, notując czasy w okolicach czwartego miejsca. To była jazda! Tak więc kilka odcinków z tego sezonu na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci.

Czy w sezonie był moment rozczarowania czy jakiegoś zawodu?
Tak, ale nie był on związany bezpośrednio z rajdem, lecz z… hotelem w Rzeszowie, który z jednej strony był uroczy i klimatyczny, ale okna wychodziły na ulicę, na której było głośno, co skutecznie utrudniało odpoczynek (śmiech).

Kiedy uwierzyłeś, że walka o tytuł jest realna?
Zdobycie tytułu w kategorii FIA 4/J1, było motorem moich startów w HRSMP 2019. Takie były założenia na początku roku, chociaż nie mówiłem o nich głośno, a po początkowych przygodach prawie o nich zapomniałem. W zaistniałej sytuacji chciałem po prostu wystartować, przejechać swoim tempem „plan minimum”, czyli Nadwiślański, Rzeszowski i Dolnośląski, do którego później spontanicznie został dołączony jeszcze Polski i zobaczyć, na co to wystarczy. Generalki w ogóle nie brałem pod uwagę uważając moje zeszłoroczne osiągnięcie w tej klasyfikacji za niezwykle trudne do powtórzenia, a co dopiero do poprawy.

Tak naprawdę dopiero dobrą chwilę po Rzeszowskim, na moje stwierdzenie, że mam zamiar odpuścić Rajd Śląska, bo w kategorii mamy już dużą przewagę, Mirosław Miernik zapytał mnie, czy wiem, że jesteśmy na drugim miejscu w generalce i to ze znaczną przewagą punktową. Zerknąłem w wyniki i faktycznie tak było. Jednak, żeby utrzymać tak wysokie miejsce w Historycznej Klasyfikacji Generalnej musieliśmy ukończyć oba rajdy (Śląska i Dolnośląski) i to na wysokich miejscach. A teoretycznie nawet taki scenariusz nie dawał nam gwarancji pełnego sukcesu, gdyż wiele zależało także od wyników naszych konkurentów.

Punkty z Dolnośląskiego były bardzo cenne, gdyż z racji swojej długości rajd ten był podwójnie punktowany tak jak i Rzeszowski. Dlatego gdybyśmy nie dojechali do mety w Dolnośląskim, to wszystko się mogłoby się popsuć. Pamiętam jak trzeciego dnia rajdu, bardzo rozważnie pokonując ostatnie oesy, w myślach gadałem z moim samochodem, mówiąc mu: „Tylko nie wytnij mi jakiegoś głupiego numeru. Bądź poważny. Jak się masz popsuć to proszę bardzo, ale pod garażem, bo się pogniewamy”. Ritmo stanęło na wysokości zadania, a w nagrodę dostało świeży olej i może zabiorę je na Karową.

Co było kluczem do sukcesu w tym sezonie i dlaczego?
Na sukces w rajdach składają się moim zdaniem cztery podstawowe składniki: kierowca, pilot, samochód i… fart, przy czym niekoniecznie w przedstawionej kolejności. Gdy mamy doskonałego kierowcę i pilota w doskonałym i bezawaryjnym samochodzie, a załoga ma szczęście, to mamy przepis na mistrzów świata. Jeżeli ta sama załoga będzie miała dobre, lecz awaryjne auto, ale będzie miała farta, to także ma szanse na niezły wynik. Natomiast jeśli w niekonkurencyjnym i awaryjnym aucie jeszcze opuści ją szczęście, to nie zrobi nic. Nie będę rozważał jaki wkład procentowy ma każdy składnik, bo nie o to chodzi. W moim przypadku kluczem do sukcesów we wszystkich trzech sezonach HRSMP jest mój bezawaryjny samochód, który zawsze pozwalał osiągnąć metę. W okresie trzech lat mogę poszczycić się 100-procentową skutecznością kończeniu rajdów. Ta sztuka udała się jeszcze tylko jednemu zawodnikowi, mojemu przyjacielowi i bezpośredniemu rywalowi z zeszłego roku, czyli Zbigniewowi Kotarbie. Jak miałem słabszy występ, to co najwyżej dotarłem na dalszym miejscu i zdobyłem mniej punktów. A wiadomo, że zwycięzcy są na mecie.

Bardziej cieszysz się z drugiego miejsca w Historycznej Klasyfikacji Generalnej czy z tytułu w FIA 4/J1?
Historyczna Klasyfikacja Generalna jest nadrzędna i obejmuje wszystkie kategorie FIA. Jak już wspomniałem, zeszłoroczne zmagania zakończyłem na najniższym stopniu podium, więc tegoroczny tytuł wicemistrza Polski jest tym cenniejszy i cieszy bardziej.

Z czego oprócz tytułów jesteś najbardziej zadowolony po sezonie 2019?
Najbardziej jestem zadowolony z tego, że pomimo początkowych problemów udało nam się osiągnąć tak duży sukces. Po prostu dałem radę, a ponadto jako jedyni wśród zawodników z kategorii FIA 1-4 wygraliśmy wszystkie rajdy, w których wystartowaliśmy. O ile dobrze pamiętam to takim osiągnięciem może poszczycić się jeszcze tylko Piotr Zaleski. Bardzo zadowolony jestem też z faktu, że to właśnie mój pilot, jako pierwszy w historii Motul HRSMP, zdobył nagrodę imienia Marka Pawłowskiego.

Jak oceniasz Motul HRSMP z perspektywy dwóch ostatnich sezonów?
Z perspektywy czasu myślę, że Motul HRSMP idzie w dobrym kierunku, w końcu jest to cykl oparty o regulaminy FIA w randze Mistrzostw Polski. Zatem to nie mogą być jedno- czy dwudniowe rajdy o długości kilkudziesięciu kilometrów, bo w tej chwili na imprezach typu track day suma dystansu odcinków przejeżdżanych na czas bywa podobna. Nie chodzi o to, by w HRSMP było lekko, łatwo i przyjemnie. Jeśli chodzi o startujące samochody to myślę, że nie odbiegają już one od europejskiego poziomu historycznych rajdówek kategorii FIA 1-4. Z tego co wiem, w regulaminie technicznym nie będzie w najbliższych latach znaczących zmian, więc myślę, że samochodów powinno powoli przybywać. Moim zdaniem jakość jest ważniejsza niż ilość. I jeszcze jedno. Nieprzerwanie, od samego początku Motul HRSMP mamy niepowtarzalną atmosferę wprowadzaną przez Mirosława Miernika. Świetne relacje panują nadal pomiędzy zawodnikami, którzy bez względu na staż w cyklu, w trudnych chwilach zawsze mogą liczyć na swoich rywali z oesów i kolegów z parku serwisowego.

Co chcesz osiągnąć i jakie masz cele na sezon 2020?
Osiągnąć już więcej raczej się nie da. W kraju pozostaje tylko obrona tytułów, a to może nie być takie łatwe, gdyż przed kolejny sezonem auto wymaga pewnych nakładów, bez których efektywna obrona tytułów, czy nawet sam start w pełnym cyklu HRSMP będą praktycznie niemożliwe. Obecnie szukam wsparcia, które umożliwi mi dopięcie budżetu i realizację tych planów. A jak na razie jest to bardzo trudne, zwłaszcza w mojej części kraju, ale może się uda i znajdę kogoś zainteresowanego dołączeniem do elitarnego grona sponsorów w HRSMP. Gdyby ktoś miał na to ochotę, zapraszam do kontaktu. A co z tego wyjdzie? Zobaczymy w przyszłym sezonie.

Do najlbliższej rundy

Rajd Świdnicki-Krause
Motul HRSMP